search
top

Halloween? Dziady, głupcze!

Halloween do polskiej kultury masowej wkroczyło trochę znienacka. Ciężko powiedzieć, kiedy widok dzieciaków domagających się pod groźbą psikusa słodyczy stał się normą i na jaką skalę. Nie jest to jednak, jak niektórzy usiłują myśleć, renesans pogaństwa, a jedno z bezrefleksyjnie zaakceptowanych zjawisk, przywleczonych zza Odry razem z McDonald’s i Coca-Colą.
W latach 90. jako małe dziecię, chowane w zapadłej wiosce na Mazurach, byłem zapatrzony w różne cuda z lepszego, kolorowego świata. Co ciekawego działo się w prawdziwym świecie dowiadywałem się z telewizji i wydawanego co tydzień „Kaczora Donalda”, który dla mojego pokolenia dyktował lajf-stajl, ze skutkiem nie mniejszym niż dzisiaj robią to „Logo” czy „Malemen”. To właśnie to, skądinąd zasłużone, pisemko, pod dowództwem Tomka Kołodziejczaka postanowiło w pewnym momencie, bez ostrzeżenia, wcisnąć czytelnikom Halloween jako zwyczaj powszechny i przyjęty. Fundamenty pod to od 89 roku kładła telewizja, którą wtedy oglądali wszyscy. Rosnący przez szare lata komunizmu głód na zachodnią popkulturę zaspokojono błyskawicznie i bezmyślnie, chociaż o tym, że się zadławiliśmy zdaliśmy sobie sprawę zbyt późno.

Razem z przygodami policjantów z „Miami Vice”, czy patologicznymi potyczkami rodziny Bundy’ch, wchłonęliśmy świadomość amerykańskich zwyczajów, jako czegoś oczywistego. W moim przypadku pojawił się pewien zgrzyt percepcyjny, bo chociaż każdy doskonale wiedział czym jest Halloween, to jednak w mieścinie, w której każdą refleksję wyznaczały wygłoszone z ambony słowa proboszcza, nikt tego święta nie obchodził. Być może w ramach ujawniającego się już wtedy sprzeciwu wobec mądrości z ambony, groźby, że w halloweenowej dyni siedzi Szatan i potępienie, nie robiły na mnie wrażenia. Odwrotnie niż tęsknota za listopadowym świętem strachów i radosnym wymuszaniem na sąsiadach haraczu ze słodyczy. Tej nie umniejszały nawet wyświetlane przez telewizyjne okno na świat reklamy pasty do zębów, które rezolutnie ostrzegały przed próchnicą. W miarę jak człowiek dorastał, przybywało mu rozumu. Najpierw odstawkę poszła telewizja. Potem proboszcz i cukierki. Halloween, po poznaniu szerszego kontekstu również straciło na atrakcyjności. To ostatnie, niestety tylko dla mnie.

Skąd ta gorycz? Bynajmniej nie z braku słodyczy. Popularność Halloween, poza charakterystycznym dla naszego narodu małpowaniem zachodu, łatwo wytłumaczyć charakterem święta. Jest wesołe, w przeciwieństwie do refleksyjnego, polskiego Dnia Zadusznego i Wszystkich Świętych. Dla młodzieży wychowanej na sączącej się z TV amerykańskiej popkulturze, kiczowate stroje i maraton „Piątku 13-tego” są fajniejsze niż pielgrzymki na groby, kamienne miny krewnych i liche dramaty na TVP. Tylko, że zarówno imprezę, jak i powtórkę krwawych poczynań Jasona Voorheesa można przełożyć na dowolny piątek miesiąca, a Halloween, tak samo przez katolickie autorytety, jak i osoby mieniące się „poganami” przedstawiane jako powrót pogańskich zwyczajów,  w rzeczywistości wypieraja z naszego kalendarza ważny i faktycznie pogański zwyczaj.

dzaTrzeba raz na zawsze odrzucić bzdurę, zgodnie z którą Halloween jest pogańską przeciwwagą dla Zaduszek. Mamy raczej do czynienia z formą kulturowej pętli, w której echo celtyckiego zwyczaju wraz z pielgrzymami wyruszyło na Nowy Ląd, by po stuleciach stracić kontekst i razem z hamburgerami i Myszką Miki trafić do Europy Wschodniej.

Celtyckie Samhaim to święto łączące cechy rodzimowierczych Plonów i Dziadów. Obchodzone na przełomie października i listopada stanowi zwieńczenie żniw, oraz moment spotkania z bogami, oraz duchami zmarłych, a także jeszcze nienarodzonych (SIC!). Ważnym elementem kultu, jest przekonanie, że zstępujące do naszego świata dusze chcą zamieszkać w ciałach żywych. Stąd zwyczaj nie tylko wystawiania pożywienia dla zmarłych, ale także gaszenia ognia i świateł, oraz przebierania się w zniszczone ubrania. Miało to sprawić, że ludzkie siedliska wyglądały niegościnnie, a sami mieszkańcy jak włóczędzy, niegodni uwagi żadnego ducha. Być może ta praktyka nie odbiega dużo od tego, co działo się na naszych ziemiach. Po więcej na ten temat odsyłam do pracy P. Grochowskiego „Dziady. Rzecz o wędrownych żebrakach i ich pieśniach„.

Można z pewną dozą pewności stwierdzić, że chodzący od domu do domu, ubrani w szmaty „samhaimowi kolędnicy”, w miarę mieszania się kultur i stopniowego zapominania o korzeniach, w końcu przeistoczyli się w halloweenowe wiedźmy i potwory Frankensteina, proszące o cukierki na progach naszych domów. Warto pamiętać, że w Irlandii do tej pory podczas obchodów Halloween istnieją liczne elementy sakralne i magiczne. M.in. po tym święcie aż do wiosny nie powinno się zbierać dzikich owoców, sprząta się mieszkanie, gasi ogień, czy wykłada jedzenie i napoje. Oczywiście w zidiociałej formie, jaka poprzez ekran telewizora i kolorowe pisma przedarła się nad Wisłę, elementy mistyczne nie istnieją.

Z kolei Słowianie ze zmarłymi obcowali podczas Dziadów. Ta, dzisiaj powszechnie przyjęta, nazwa wywodzi się z folkloru naszych wschodnich sąsiadów, ale podobne obrzędy potwierdzone są na całej Słowiańszczyźnie, oraz wśród Bałtów. Wbrew pozorom ta okoliczność nie miała oryginalnie jednej konkretnej daty, a według niektórych źródeł obchodzono ją nawet sześć razy do roku. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy, kluczowa dla zjawiska jest noc z 31 X na 1 XI. Ponieważ jesteśmy narodem raczej religijnie biernym, mało kto zastanawia się nad genezą współczesnych Zaduszek (obchodzonych 2 listopada!). A jednak, nie jest to święto rzymsko-katolickie, a zwyczaj rdzennie polski, niedbale włączony do katalogu świąt chrześcijańskich. Podczas chrystianizacji, rodzime święto zmarłych kłóciło się bezpośrednio z watykańskimi dogmatami. Zwracam uwagę, że zgodnie z doktrynami tej wiary zmarli zostają osądzeni i trafiają, zgodnie z życiowym dorobkiem, na chmurkę lub w ogień i żadne spacery po świecie doczesnym nie są im dane.

Stąd też pierwszą próbą zastąpienia świętości tego okresu w chłopskiej mentalności było popularyzowanie kultu świętych, który także stopniowo wypierał politeizm. Zwyczaj kontaktu ze zmarłymi, z perspektywy chrześcijańskiej pozbawiony sensu, okazał się jednak w naszym przypadku zbyt silny. Jak pokazuje przykład mickiewiczowski, na Białorusi Dziady obchodzono jeszcze w XIX wieku! Ostateczną formą kompromisu stały się więc Zaduszki. Oficjalnie jest to święto, podczas którego katolicy modlą się za dusze wszystkich zmarłych wiernych (!), a także za te w czyśćcu (choć ten koncept powstał dopiero w średniowieczu). Jakie znaczenie ten dzień ma w praktyce wiemy najlepiej z własnych domów. Podobnie, dość oczywista jest geneza nagrobnego znicza, nie mającego pokrycia z obrządkiem katolickim. Jaką postawę powinni więc wobec komercyjnego, popkulturowego „Halloween” zająć rodzimowiercy?

Oczywiście, negatywną. Wiele osób nie chce tego zrozumieć, ale chrześcijaństwo przechowało wiele pierwotnych, słowiańskich obrzędów. Jednym z nich jest związane z bardzo ważnym dla naszych Przodków – i nas samych – kultem zmarłych palenie ogni na grobach. Tzw. grumadki są wyrazem pamięci o zmarłym, a tak długo, jak istnieje o nim pamięć wśród żywych, tak długo może on odwiedzać ich, nie zlewając się w bezimienną gromadę niezliczonych milionów dusz na łąkach Nawii. Wskazują mu one również drogę do naszego świata, dają ciepło. Na wschodniej Słowiańszczyźnie do dziś żywy jest zwyczaj wieczerzania na grobach, gdzie część jedzenia pozostawia się właśnie zmarłemu, który – być może – wróci się posilić tej szczególnej nocy. Ponadto, powinien być to również czas refleksji i wspominania zmarłych, co nie znaczy oczywiście, że należy w grobowym nastroju zaszyć się w domu. Przeciwnie, z perspektywy rodzimowiercy oddaniem hołdu zmarłym jest uświadomienie sobie, że bez nich nie było by nas, a my spotkamy się z Przodkami na polach nawskich. To wreszcie obietnica, że każdy z naszych zmarłych krewnych w końcu powróci na tę ziemię – i należy uważnie patrzeć, bo może już mamy go koło siebie. Świadomość przemijalności życia i nieubłaganego upływu czasu jest wspólna tak dla rodzimowiercy i katolika. Różnica polega jedynie na tym, że rodzimowierca widzi czas jako okrąg i wie, że śmierć nie jest końcem, a jedynie kolejnym początkiem.

Dlatego nic usprawiedliwia ulegania kolejnemu prądowi globalizacji i amerykanizacji, który nie oferując nic ponad zabawę, wypiera tradycję o bogatym wymiarze duchowym. Oczywiście, wiele osób będzie się zżymać, że „w domu robią dynię, 31 X idą w przebraniu na imprezę, ale przecież 1 i 2 XI odwiedzają groby i spotykają się z rodziną, więc wszystko jest w porządku”. Otóż nie: nie jest to w porządku i kto jak kto, ale przede wszystkim rodzimowiercy powinni zdawać sobie sprawę z dysonansu i szkodliwości wspierania tej obcej kulturowo i ubogiej duchowo pseudotradycji. Podkreślanie celtyckich korzeni zjawiska również jest bezzasadne, ponieważ mimo, iż Celtowie zamieszkiwali w przeszłości te ziemie, to nie byli Słowianami, ani naszymi bezpośrednimi Przodkami (pisaliśmy o tym TUTAJ), a sama „pogańskość” (zresztą nikła) Helloween nie oznacza, że można je kultywować zamiast, lub obok, zwyczajów RODZIMYCH, gdyż w dzisiejszych czasach zawsze będzie to działanie na szkodę NASZEJ kultury.

I tak – palenie na grobach zniczy z rodziną jest o wiele bardziej RODZIME niż przebieranki i drążenie dyń, szczególnie, że akurat tego zwyczaju mamy jak najbardziej własny odpowiednik, a są nim maski zwane karaboszkami (na zdjęciu).  Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykonać je np. wraz z dzieckiem, pokazując tym samym najmłodszemu pokoleniu, że nie musimy nikogo małpować. Halloween nie przywraca pierwotnego, pogańskiego znaczenia kultowi zmarłych. Wręcz przeciwnie: jeszcze bardziej go wypacza. Dlatego, chcąc być „poganami”, idźmy na groby, zapalmy znicze, zostawmy zmarłym strawę i napitek, a może i kieliszek wódki. Wspomnijmy tych, którzy odeszli, tak krewnych, jak i bohaterów narodowych. Spotkajmy się z rodziną, wykonajmy karaboszki, a na zakończenie dnia sięgnijmy po Mickiewicza. W kulturowej wojnie nie ma kompromisów.

Zobacz też:

4 Responses to “Halloween? Dziady, głupcze!”

  1. avatar Wojdyla pisze:

    Proszę o podanie źródeł.

  2. avatar ubuntuvps pisze:

    Dziady mialy tez swoj odpowiednik dyn drazonych na Halloween w krajach anglosaskich – tzw. karaboszki, maski rzezbione z drewna, ktorymi dekorowano miejsca obrzedow – mialy one symbolizowac duchy.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

top
This site uses cookies. Find out more about this site’s cookies.