search
top

1050 lat Chrztu Polski – rozsądek Rodzimowiercy

W związku z obchodzoną na dniach 1050. rocznicą Chrztu Polski, który książę Mieszko przyjął z rąk Jordana, w czeluściach Internetu można trafić na istną wojnę pomiędzy co bardziej prędkimi w pisaniu na klawiaturze zwolennikami nie tylko dwóch religii, ale i dwóch wersji wydarzeń. Inna sprawa, że palce często zdają się tu wyprzedzać rozum, o ile takowy w ogóle za nimi stoi…

Po jednej stronie barykady stają, naturalnie, mniej lub bardziej radykalni w głoszeniu swoich prawd przedstawiciele tzw. religii dominującej. Dowodzą oni, że Chrzest był co najmniej „niesłychanym” skokiem cywilizacyjnym, aktem narodotwórczym, a wręcz uczłowieczeniem Słowiańskiej małpy nie znającej koła. Po drugiej – mamy Rodzimowierców i wszelkiej maści „Rodzimokulturowców”, którzy wcale nie są lepsi w swoich mądrościach, a to o Imperium Lechii sprzed 10.000 lat, a to o tysiącletniej niewoli czy innych średniowiecznych holokaustach Polan. My natomiast, jako ludzie, którzy życzyliby sobie, aby Rodzimowierstwo nie tylko jako religia, ale przede wszystkim jako zbiorowość ludzka, dojrzała wreszcie do istnienia we współczesnym świecie (co wcale nie znaczy – zaakceptowała go bezkrytycznie) chcielibyśmy tę farsę krótko skomentować.

Zacznijmy od kilku rozsądnych ustaleń.

Po pierwsze, Chrzest przyjął nie „naród”, ani nawet plemię, ale głównie książę i jego drużyna. Oczywiście, w takim wypadku kariera stała otworem przede wszystkim przed tymi, którzy poszli jego śladem, co zapewne miało wymierny skutek. Natomiast sam proces chrystianizacji LUDU trwał co najmniej do wieku XV, a w niektórych – i to bardzo licznych – aspektach kultury właściwie nigdy nie zakończył się powodzeniem. Dlatego też dzisiejsze Rodzimowierstwo chętnie czerpie z elementów kultury ludowej znanej jeszcze w latach 60. XX wieku, które stanowią echo wierzeń istniejących długo przed Chrztem, a nierzadko w ogóle przed wydzieleniem się Słowian jako grupy etnicznej. Zwracam się tu przede wszystkim do tych, którzy twierdzą jednocześnie, że „Chrześcijaństwo zniszczyło Słowiańską kulturę”, by za chwilę dowodzić, jak to chrystianizacja w ogóle się nie udała, bo przecież wszystkie stare obrzędy nadal żyją. To zresztą powinna uświadomić sobie także druga strona – Chrześcijańska obrzędowość to jedna wielka pożyczka i nakładka, nie tylko Słowiańska. Inaczej tak bardzo obcego systemu wierzeń wprowadzić się  w (Indo)Europie po prostu nie dało.

Tak dochodzimy do drugiej kwestii – Chrzest narodu polskiego ani nie stworzył, ani go nie zniewolił. Istnienie narodu jest faktem zarówno w sensie kulturowym czy biologicznym, ale mówienie o narodzie polskim w X. wieku jest – powiedzmy sobie szczerze – nadużyciem lub co najmniej niedoprecyzowaniem, i każdy kto ma choć krztę wiedzy historycznej z uwzględnieniem procesów socjologicznych i kulturowych zapewne zdaje sobie sprawę czym jest świadomość narodowa i jak się kształtowała. Dlatego zarówno wizja”katolickiego zniewolenia”, jak i „stworzenia narodu polskiego” przez decyzję Mieszka pozostaną zaledwie wizjami frustratów. Dzisiejszy naród polski, wraz ze swoją narodową mitologią, bohaterami, kulturą i mentalnością jest – chcąc nie chcąc – wypadkową kultur słowiańskiej i łacińskiej, uogólniając.

To samo można powiedzieć o procesach państwowotwórczych – bajanie o „Imperium Lechickim” budzi jedynie politowanie (i to wcale nie odmawiając tej wizji swoistego  romantyzmu), ale bredzenie, że Jordan za pomocą swojej chrzcielnicy stworzył wśród pól i lasów prosperujące państwo dosłownie z niczego jest równie dziecinna. Umówmy się: chrzest przyjął władca nieźle zorganizowanego tworu państwowego na najlepszej drodze do rozwoju, do którego niepotrzebna jest żadna bliskowschodnia religia, chociaż w toku rozbudowy państwowości z pewnością odegrała ona swoją rolę na poziomie administracyjnym i politycznym. A, że od wieków narrację polityczną w Zachodniej Europie wyznacza w dużej mierze pewne państwo rządzone przez schizofreniczkę, tak i Polska „zaistniała” dopiero gdy jej polityka przybrała pożądany kurs. Analogie znaleźć można i w czasach dosłownie dzisiejszych.

I tak dalej. Dysponując zdrowym rozsądkiem i wiedzą historyczną może roztrząsać i kruszyć argumenty obu stron, gdybać o alternatywnych kolejach dziejów i marzyć o tym czego nie było, a co być mogło. Jednakże, niezależnie od Internetowych bajań Chrystianizacja nie była ani wyłącznie brutalnym, krwawym pogromem, ani wyłącznie romantycznym zrywem duchowym tysięcy prostych  ludzi. Świat nie jest czarno-biały i nie jest taką historia. Obarczanie za wszelkie problemy późniejszej Polski katolicyzmu jest równie niepoważne, co upatrywanie w nim przyczyn jej wszelkich sukcesów.

Co właściwie chcieliśmy przekazać na tę okazję, to klarowne stanowisko rozsądnego, odpowiedzialnego człowieka, który rozumie, że machanie szabelką w Internecie w imieniu marginalnej grupy religijnej skończyć się musi rozjechaniem jej społecznym walcem. Do Chrześcijaństwa i jego wpływów politycznych, kulturowych i społecznych, a także długotrwałego oddziaływania na dzieje Polski i jej narodu można mieć wiele uwag, tak pozytywnych, jak i negatywnych. Jednakże, budując świątynię Rodzimowierczą nie porywajmy się z motyką (szczególnie wirtualną) na Słońce i nie lećmy od razu mścić Arkony. Przeciwnie, zadbajmy najpierw, by nasza świątynia miała solidny fundament i w ogóle była widoczna zza palisady społecznej obojętności i niewiedzy. Tocząc pozbawione jakiejkolwiek merytorycznej podbudowy daremne spory nie cofniemy Chrystianizacji, nie zniszczymy Watykanu, ani nie spowodujemy masowego przechodzenia Polaków na Wiarę Ojców. Spowodujemy skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego, czy też – wymarzonego.

Wszystko to nie oznacza bynajmniej, że Rodzimowiercy powinni „zginać kark”, co też zapewne ktoś nam zaraz zarzuci. Powinniśmy znać swoją wartość i budować ją rzetelną pracą – twórczą, nie destruktywną.

Zalecamy więc raczej – i powtórzę to po raz kolejny –  wylanie solidnych fundamentów pod naszą (wciąż nie mogącą wzbić się ponad poziom leśnej kapliczki) świątynią. Kiedy już staną jej ściany i stanie się rozpoznawalna śród szeregu innych świątyń świata, możemy zacząć otwarcie kontestować, dyskutować, polemizować. Obrzucanie jednak gnojem czyichś świątyń samemu nie mając żadnych, kończy się po prostu rykoszetem. A trafia on przede wszystkim w tych, którzy w pocie czoła tę świątynię dziś wznoszą.

Zobacz też:

10 Responses to “1050 lat Chrztu Polski – rozsądek Rodzimowiercy”

  1. avatar MarekM pisze:

    Przyznaję, że bardzo na taki tekst czekałem – z serca dziękuję

  2. avatar Jord pisze:

    koleś wie A ale nie rozumie B, nie mówiąc o całym alfabecie. Generalnie powiela ogólnie znaną laicką wiedze

  3. avatar Wit pisze:

    Kto jest autorem tego materiału?

  4. avatar Tomassus pisze:

    Jedną rzecz należy dopowiedzieć,
    to brutalna walka przynosi skutek odwrotny, a nie walka. Brak walki, to milczenie, a milczenie to zapomnienie. Każdy coraz głośniejsze wydarzenie to zwiększenie szans że ludzie wrócą do wiary Przodków. Ja jeszcze kilka lat temu nie wiedziałem że w ogóle poganie, rodzimowiercy są w Polsce, baa… okazuje się że rodzimowiercą może być nawet nas własny sąsiad, tylko nie wie że w jego okolicy są inne osoby z którymi mógłby wspólnie odbyć obrzęd.

    Dlatego należy mówić głośno i oficjalnie, że to nie był chrzest Polski, a Mieszka. Ludzie są wciąż starowiercami z pokolenia na pokolenie, tylko teraz nie pamiętają już że ich prapradziad został nawrócony podstępem lub sam to zrobił.

    Ogólnie rzecz mówiąc w tradycji jesteśmy sojusznikami, wrogami jesteśmy tylko ideologicznymi.

  5. Bardzo rozsądny tekst, zasługujący na upowszechnienie.

  6. avatar DKC pisze:

    „Rozsądek” – WTF?
    Chyba lubisz sobie słodzić.

  7. avatar xhunter pisze:

    Brawo Panowie widzę że w tym zagmatwaniu które sieje Internet wy macie jasne i normalne, rozumne stanowisko.

  8. avatar Zimbabvve pisze:

    Mamy XXI wiek… i poziom wiedzy o świecie i o człowieku znacznie przewyższający to co zapisano wiele lat temu w Torze, Biblii, Koranie, Nowym Testamencie czy jakichkolwiek świętych tekstach jakiejkolwiek religii. Także walka Chrześcijaństwo vs. Rodzimowierstwo nie ma sensu. (Zwłaszcza, że żadna z tych religii nie wygra z inną bardzo inwazyjną obecnie religią.). Walka religii to przeżytek i źródło wojen (a przynajmniej dobry pretekst) od setek lat. Inteligentny człowiek po prostu powinien dawno już dojść do wniosku, że nie ma sensu grać w tą grę i marnować swoje życie na poszerzanie/umacnianie sfery wpływów szefów jakiejkolwiek religii.

    W XXI wieku ateizm/agnostycyzm oraz poszukiwanie sensu życia w świecie fizycznym, a nie metafizycznym jest najbardziej logicznym rozwiązaniem dla współczesnego człowieka.

    Obchodzenie świąt i kultywowanie tradycji nie powinno nam zastępować myślenia. W XXI wieku wszystkie religie należy traktować z przymrużeniem oka. (Coś jak Mity Greckie.)
    A jeżeli ktoś przez 18 lat życia nie zorientuje się, że to tylko mity (tylko akurat chrześcijańskie lub islamskie) no to trudno… ale nie traktować tych wierzeń poważnie przez instytucje państwowe!

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

top
This site uses cookies. Find out more about this site’s cookies.